Znacie to uczucie kiedy pijecie już trzecią kawę, papierów dookoła przybywa, a wy myślicie tylko o tej mięciutkiej poduszce na łóżku, która wręcz błaga byście jej użyli? Tak mniej więcej wygląda każdy mój dzień, nie żartuję. Zresztą ta sytuacja przestała być śmieszna już kilka dobrych miesięcy temu.
Oczywiście, że każdy z nas ma ten "gorszy dzień", to przecież normalne. Dlaczego jednak użyłam tego zwrotu w cudzysłowie? Bo to nie jest jeden "gorszy dzień", to ten gorszy od innych, niemalże równie beznadziejnych. Jednak jest to taki dzień, w którym nie chce wam się nawet udawać, że coś was obchodzi. Czy ja mam dzisiaj taki dzień? Nie wiem, możliwe. Od godziny powinnam już powtarzać materiał na piątkowy sprawdzian jednak zamiast tego wolę denerwować się na wszystkich dookoła i marnować czas na... w sumie nie wiem co, bo przez godzinę nie zrobiłam kompletnie nic. W sumie zrobiłam sobie tylko kawę, ale to już coś.
Powinnam już zasiąść do nauki, ale zamiast tego po raz 30 tego dnia otwieram Snapchat, żeby się przekonać, że dalej nikt do mnie nie napisał. Ludzie zawsze piszą w najmniej odpowiednich momentach. Kiedy masz ochotę porozmawiać, bo akurat uprawiasz prokrastynację, to właśnie w tym momencie wszyscy cię zignorują i nie odpiszą przez kolejne 2 godziny. Natomiast, jak już zabierzesz się do roboty, nagle wszystkim się przypomni, że mają do ciebie ważną sprawę. Ci sąsiedzi z góry też nie ułatwiają rozpoczęcia aktu nauki na sprawdzian oglądając tak głośno telewizję. No doprawdy, cały świat przeciwko mnie.
Kiedy próbuję zacząć coś robić, ale jednak nie mam na to siły, bo właśnie mam TEN GORSZY DZIEŃ, próbuję się pocieszyć w myślach wymieniając wszystkie pożyteczne rzeczy jakie zrobiłam danego dnia. Dzisiaj właściwie nie ma ich zbyt wiele, ale zawsze coś się znajdzie. Dla przykładu: kupiłam dzisiaj plastry, co jest bardzo pożyteczną rzeczą, bo już chyba 3 raz w tym miesiącu coś sobie zrobiłam. Dodatkowo nie rozbiłam przy śniadaniu słoika, co miało miejsce w poniedziałkowy poranek, a to również jest bardzo pożyteczne - jeden słoik uratowany.
Update do ostatniego "Opowiedz mi kawo": Miałam zacząć ćwiczyć, dalej tego nie zrobiłam, nawet mnie to nie dziwi. Dieta? No w miarę, coś tam robię, jem te kiełki i inne takie. Czy schudłam? Zależy jak spojrzysz. Starałam się, to najważniejsze.
Za dwa dni mam ferie, gdybym miała jeszcze trochę siły to skakałabym z radości, ale jestem trochę zmęczona, więc pozwólcie, że poleżę. Mój główny plan na pierwsze dni to zapomnieć, że szkoła istnieje. Wysilać za bardzo się nie muszę. Wypadałoby też poukładać kolejną stertę brudnych ciuchów z krzesła przy biurku, samo się nie zrobi. No chyba, że może mama byłaby na tyle dobra....
No i pięknie, już 19:10. Zapomniałam, że muszę zrobić sobie kolację. Od półtorej godziny miałam się uczyć, dalej nic. Wokół mnie sterta papierów, kawa dalej nie działa, a ludzie nie chcą do mnie pisać. Dzień jak zawsze, tylko może troszkę gorszy.
Do następnego kochani,
Kawoholiczka z zawodu
PS. Nie chce mi się szukać zdjęcia, ale macie fajną piosnkę: fajna piosnka
PS2. No dobra dam coś, bo to ładnie w linku potem wygląda
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty
środa, 8 lutego 2017
czwartek, 26 stycznia 2017
Opowiedz mi kawo cz.1
O czym innym mógłby być mój pierwszy wpis jak nie o kawie?
Oficjalnie piszę to przy dużym kubku kawy melancholijnie wpatrując się w piękny widok zielonych bloków mieszkalnych, który widzę ze swojego okna. Nieoficjalnie – jest godzina 21:51 , piję kakao i po prostu wpadłam na genialny pomysł założenia bloga.
Nawiązując do tematu kawy, który przecież musi się tu
pojawić, chciałabym powiedzieć, że owszem, uwielbiam kawę. Piję jej dużo, za
dużo. W moim organizmie nie ma już żadnych soli mineralnych i witamin, bo
wszystkie wypłukała mi kawa. Moja mama próbuje ratować mój zmaltretowany
organizm kupując mi różne tabletki z magnezem, których i tak zawsze zapominam
brać.
Nie mam pojęcia co będę robić na tym blogu. Wiem jedynie, że
to jedyne miejsce, w którym mogę napisać co tylko mi się żywnie podoba,
podzielić się przemyśleniami, pokazać wam jakąś ciekawą playlistę, opisać
serial lub film, który ostatnio widziałam. Może ponarzekać trochę na ludzi w
autobusie lub zbyt dużo bezsensownych zadań domowych. Potrzebowałam miejsca, w
którym będę mogła ulokować swoje myśli i zebrać je wszystkie do kupy (och, jaki
ładny kolokwializm).
Zaciekle walczę z lenistwem, chronicznym zmęczeniem i
brakiem konsekwentności i mam nadzieję, że prowadzenie bloga trochę mi w tym
pomoże i doda jakiejś magicznej energii do działania.
Może w pierwszej część „Opowiedz mi kawo” opowiem trochę o
sobie. Na początku, tak – jestem skromną osobą, wcale nie jestem nadętym
gburem. Ogólnie to mam nerwicę natręctw i jestem perfekcjonistką, co zupełnie
nie przeszkadza mi w tym, żeby mieć górę brudnych ciuchów na krześle przez
tydzień. Jednak jak już zabiorę się do sprzątania, nie ma przebacz. Potrafię
spędzić na sprzątaniu dwie godziny, żeby ułożyć wszystko, nawet majtki (muszą
być ułożone według kolorów!). Gdy na następny dzień mam zaplanowany poważny
sprawdzian, popołudnie prawdopodobnie spędzę oglądając tysiące filmów na
Youtubie oraz wycierając kurze skacząc po pokoju jakbym właśnie dostała
epilepsji (cóż poradzić, skoro moja ulubiona piosenka akurat zaczęła
lecieć?). Jestem osobą niesamowicie
ambitną, która zapomina, że człowiek czasem musi spać. Gdy narzekam na to, jak
bardzo mam zawalony tydzień (przez to ile na siebie wzięłam obowiązków), a ktoś
mi powie zdanie typu „to sobie odpuść”, prawdopodobnie spojrzę na niego jak na
wariata. Skoro już się tego podjęłam to chcę to dokończyć, a w międzyczasie
muszę sobie ponarzekać. Tyle, cała filozofia. Później wezmę na siebie jeszcze
więcej, ale nigdy z niczego nie zrezygnuję. Kolejny ciekawy i śmieszny fakt –
dietę i ćwiczenia zaczynam aktualnie po raz 5-6 (?) i mam nadzieję, że może tym
razem wytrzymam dłużej niż miesiąc. Słomiany zapał? Możliwe, chociaż ja stawiam
bardziej na wytłumaczenie typu „kryzys egzystencjalny”, który sprawia, że nie
mam siły dalej jeść jabłek i popijać ich wodą z cytrynką i potrzebuję dobrego
pączka z budyniem.
Może to będzie na tyle tym razem. Muszę zostawić coś na
później, bo za szybko mnie poznacie i wam się znudzę. Na koniec tej
pierwszej części nowego cyklu wrzucę wspaniałą playlistę, w której ostatnio się
zakochałam (mimo że wcześniej nie lubiłam tego typu muzyki).
Miłego popołudnia moi drodzy czytelnicy. Niech moc kawy
będzie z wami. Moim życzeniem dla was na ten tydzień, mimo że już się kończy,
będzie, abyście nie zabili nikogo (bo przecież przez to tylko kłopoty) i może
jakoś się uśmiechnęli przed lustrem do samego siebie (mi też się to przyda).
Do następnego!
Kawoholiczka z zawodu
P.S Do waszej dyspozycji ładne zdjęcie, które kiedyś tam
zrobiłam (wcale się nie chwalę).
![]() |
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

